FotoPodróże: relacja ze spotkania Trzech Muszkieterów!

Jak obiecalim, tak zrobilim... Dnia 17 maja 2013, skoro świt wyruszyłam na wycieczkę objazdową: Kraków -> Świdnica -> Żabno -> Kraków. Mimo wczesnej pory nie czułam senności, lecz wirowały we mnie same emocje! W końcu poznam Lady Blanche - przynajmniej przez chwilę z nią pobędę i wreszcie poznam i pobędę z Tomem - inspiracją do napisania mojej pracy magisterskiej, a także pośrednio do założenia tego bloga.

Lady Blanche to Blanka - córeczka naszej Agaty, która od czasu do czasu nas poprawia, gdy sadzimy dużo byków literkowych. Agata razem ze mną przetłumaczyła też poradnik dla chorych na kostniejące zapalenie mięśni, za co jestem jej wdzięczna. Blanki nie trzeba przedstawiać - choć dla jeszcze nieobeznanych - Blanka ma zespół Retta, z którym dzielnie walczy dzięki, mamie, tacie, Kepprze i innych suplementach oraz za przyczyną życzliwych rehabilitantów i pań przedszkolanek.

Tomasz - to mój "internetowy przyjaciel", a teraz już poznany "na lajfie". Jedyny taki na dwa miliony, ponieważ choruje na kostniejące zapalenie mięśni. Jednak mimo brzemienia jakie nałożyła na niego choroba, potrafi metaforycznie wyjść z kostnego pancerza i stanąć obok, pozostając przy tym skromny, spokojnym, miłym i kulturalnym człowiekiem, gentelmenem, mężczyzną z krwi i kości!

Powróćmy jednak do relacji - może pisanej nieudolnie, bo polonistką, ani dziennikarzyną nie jestem. Parę zdań potrafię sklecić poprawnie gramatycznie dzięki pani Dąbrowskiej i uważam, że jakoś nie kaleczę i nie ranię języka polskiego ;)
***


Dzień Pierwszy

***

Dworzec Regionalny w Krakowie, jak dworzec. Rano mniej tłoczno, autobusy prawie puste. Wsiadłam sobie do czyściutkiego i pachnącego LinkBusa, by wartkim prądem autostrady A4 dotrzeć do Wrocławia. Pierwszy raz zapuściłam się w to miasto, ale nie w celach rekreacyjnych. Po dobiciu do PKS-u pędzikiem w towarzystwie miłej i życzliwej babci znalazłam autobus o adekwatnej nazwie: Guliwer, który zawiózł mnie do Świdnicy, czyli do Agatki! Pani babcia na czas krótkiej podróży do Świdnicy udzielała mi ciekawych informacji o mijanych obiektach, takich jak poniemieckie pałacyki, Cukrownia Świdnica i inne, które już nie sposób wymienić... Mnóstwo tam zabytków, więc na pewno jeszcze wrócę w tamte strony!

Po godzinnej podróży nareszcie dotarłam do miasteczka, w którym czekała na mnie Agata. Po pożegnaniu się z miłą panią babcią, powitanie "na misia" z Agatkiem i jedziemy porwać Blankę z przedszkola. Trafiłyśmy jednak na obiadek naszej Lady, więc obejrzałyśmy razem obiekt - przyznam bardzo nowoczesny i świetnie wyposażony. Gdy Blanka była gotowa "do odbioru", razem za rączkę przeszłyśmy do szafki. MamaRett przebrała butki i pomaszerowałyśmy dalej - do wozu. Blanka obdarowała mnie kilkoma uśmiechami, ale była baaardzo zmęczona, więc cichutko jak myszka siedziała zapięta w swoim foteliku na tylnym siedzeniu.

Blaniś :)

MamaSzofer pędem zawiozła nas do domku. I oczywiście ciocia Kasia musiała sprawdzić, jak to jest z tym Anielskim Tobołkiem, więc na ochotnika zgłosiła się do wyniesienia Blanki na ostatnie z pięter - czyli czwarte. Ufffffffffffffffffff w połowie się sfucała jak jeż i lokomotywa Brzechwy! Brak kondycji i ostatni osiadły tryb życia nad pracą magisterską zrobiły swoje... A Blanka widząc owe sfucenie szyderczo się uśmiechała i zapodawała "wiota" - czyli: "Nieś se stara nieś jak wzięłaś! Skoro nie stoję, to nie napinam mięśni! :D ". Po wyjściu i wejściu do mieszkanka, Mała poszła spać, a przede mną stanęło kolejne zadanie: zwąchać się z Melą...

Jamniczka Mela, czyli Melania :) 

Mela to jamnik Żółkiewskich, maści rudej i z charakterkiem. Żeby pokazać, że jest dobrym psem obronnym i, że ją karmią - oczywiście musiała się najeżyć i szczeknąć. Ale tylko na chwilę. Potem tylko zabawy kaczką bez głowy i Mela moja. Nawet trochę żeśmy się podroczyły. Nie była zła o szarpnięcie za uszyska i drażnienie mordki. Ponoć dorosła ;) Potem jeszcze chwilka na balkonie, dopakowanie i bieguś ze schodów...

 Kwiaty na miejskim balkonie :)

Silwoterapię można uprawiać wszędzie :)

Po zabawach i obiadku wskoczyłyśmy z Żółtą w autko i pomknęłyśmy do Żabna. Podróż trochę trwała, bo jakoś wszyscy jechali w tym samym kierunku co my. Wyjeżdżając przed 14., w Żabnie byłyśmy koło 19. Droga minęła nam na rozmówkach, opowiadaniach i anegdotkach. Podziwiałyśmy śliczne widoki z "zepakiem" w roli głównej. Poniżej kilka zdjęć "przez okno" :) (Całusy dla mojego "Zepaka" :*)

 Pole "zepaku"

 Most we Wrocławiu - jest po czym brykać :)

Sztuka nowoczesna :) 

Agata puściła martwego bonka... 

 W prawo, w lewo, w drzewo... A może "w łapkę"?

 Cukrownia w Gostyniu

 Wieżyczka w Śremie

Ścieżka za Śremem  

Sztuka sakralna nas bardzo fascynuje...

I nareszcie:


***

Po zalogowaniu się w naszym pokoiku w zajeździe u Gumpertów i szybkim prysznicu, zabrałyśmy prezenciki i poszłyśmy szukać domu Toma.


Pod zajazdem

 Brzozwy stworek

Widok z naszego okna po stronie prawej...

I lewej :)

W sklepie pani miła, ale nietutejsza, więc z pomocą przyszedł pewien pan. Szybko wyjaśnił gdzie się kierować, ale i tak nie byłyśmy przekonane. Zadzwoniłyśmy więc do naszego Tomaszka, ale też nie bardzo mogliśmy się zrozumieć. Wreszcie się obejrzałam za siebie, a na chodniku przed małym, ceglanym domkiem stała kobieta, która przypominała mi... Mamę Toma! Ach ten Facebook! Przynajmniej dzięki niemu mniej więcej wiem kto jak wygląda, mimo, że wielu osób tam nie ma. Poznałyśmy się z niezwykle energetyczną Panią Olą, wręczyłyśmy jej storczyka i ruszyłyśmy na "zapoznanie" z naszym Tomem.

Prawie pierwszy domek we wsi :)

Uchylając wielkie białe drzwi, wreszcie zobaczyłam naszego Trzeciego Muszkietera :) Tom mimo filigranowej budowy ciała od razu nas powalił skromnością i pełnym radości spojrzeniem. Po buziakach i kolejnych prezencikach farmakologiczno-żywieniowych (Mama Tomka wręczyła nam własnej roboty miód z mniszka lekarskiego) miała miejsce część mniej oficjalna, czyli długie rozmowy przy dobrym winku. Cały czas towarzyszyła nam Mama Tomka - prawdziwy wulkan energii i mistrz dystansu życiowego, dla której wszystko co naturalne jest normalne :) Niedługo potem dołączył do naszych obrad pewien młodzieniec - jak się okazało był to bratanek Tomka - Bartosz.

Oprócz win, na stole królowały "płotki w wannie", grzybki, serki, wędliny dojrzewające i warzywka ślicznie pokrojone. Ryby były przepyszne! Jednak było za późno na obżarstwa, więc poprzestałam na jednej...

Ryby w wannie :)

Kanapeczka

I tak mijały godziny, aż wreszcie zrobiło się późno i ciemno. Mama Tomka nas odprowadziła, mimo iż zajazd był zaledwie kilka kroków od ich domu. Poszłyśmy grzecznie spać... Jutro zapowiadał się przecież pełen wrażeń dzień...
***

Dzień drugi


***

Zasłonki MacGyvera się przydały :)


Niestety, ten mały wariat zbudził nas bardzo wcześnie!

Niewyspana MamaRett :)

Po prysznicach poszłyśmy na mały obchód wsi i oczom nie uwierzyłyśmy... Pod przystankiem krzątała się z miotłą Pani Ola! Nie dość, że ma tyle roboty w domu, to i jeszcze na wieś znajduje czas! Jak to Tom stwierdził, że "jej się nudzi"... Też bym chciała mieć tyle zapału i energii każdego ranka!

No nic. Poszłyśmy z Agatą do sklepiku po płyny, jako, że nieco wino nas odwodniło i po śniadanku sklepowym, czytaj; drożdżówki poszłyśmy na kawę do zajazdu i wreszcie po Tomka. Czekał na nas już ubrany i odpicowany. Jednak serce Agaty nagle skradł ktoś inny! Mały Igorek - synek bratanicy Tomka! Czyż nie słodko nam się zrobiło?

Agatka i Igorek

Ale tylko u prababci Oli jest najlepiej! :)

Pora na spacer!

Mama Tomka wprawnym ruchem nam go wystawiła za próg i zezwoliła na zabranie ze sobą :) Skrzętnie moja pamięć notowała jej wszelakie manewry. Dużo w ten sposób można się nauczyć od Rodzin i właściwie później działać.

Celem naszego spaceru okazały się rozlewiska Warty oddalone około 4km od "bazy". Jednak spacer jaki nam zafundował Tom również jest warty opowiedzenia. Pchając na zmianę dyliżans Toma udaliśmy się w kierunku Krajkowa. Najpierw koło kościoła, między domami, później drogą pośród łąk i pól, a następnie przez las. Towarzyszyło nam mnóstwo zapachów - najpierw ambra rozkoszna bzów, w lesie zabójcza woń konwalii majowych, a na polanach stymulujący wydzielanie soków żołądkowych aromat dzikiego czosnku. Także ptaki wesoło śpiewały. Nasze twarze ogrzewało leniwie słońce, jednak jak się później okazało - z Tomasza zrobiło Indianina!

Widok na centrum Żabna i kościołek


Bezprawna droga plebana :D Wiele razy ryzykowaliśmy i nic się nie stało. Ciekawi mnie tylko dlaczego zamieścił tam flagę amerykańską zamiast angielskiej? Szykował się na rozgłos? A może przylot IFOPA? ;)


 Tom i Agata :)

 Lasek

 Silwoterapia c.d...

 Piękna stara akacja :)

Droga przez las


Ochronie zdrowia też się przyda ;)

Konwalia majowa - o szalonym zapachu! :) 


Pola konwalii - mogłabym tam zostać :)

Agatka ze "śmiertelnie trującym" bukietem - pozdrowienia dla troskliwego pana z zielonego auta ;) 

 Zbliżenie na bukiecik :)

 Dalej laaaaas :)

Natura też ma swoje oblicza - różne...

 Modraszek wieszczek - śliczny prawda?

Drugi modraszek - wysmagany wiatrem :)

 Na skraju lasu...

Przetacznik ożankowy - nie jest ziołem :)


 Żółta huba

Znowu Tom i Agatka 

 Fundacja Stworzenia Pana Smolenia - niedaleko mieszka B. Smoleń :)

 Dziki czosnek (to co na biało kwitnie) i jaskółcze ziele (to żółte)

 Symbol szlaku św. Jakuba

 Rozlewisko Warty

 Tu również :)

 Strzelamy do siebie :D

 Mała idylla :)

 Żuczek

Szliśmy tak sobie delektując się krajobrazem, rozmawiając, a także poniekąd odreagowując dotychczasowe napięcia m.in. przed odganianie się od leśnych komaroidów i rzucanie przeze mnie zaklęć łaciną nie-medyczną. Powrót odbył się tą samą drogą, w takt muzy disco z komórki ;) Musieliśmy poczuć się jak "nastki" ;)

Maszerując jednak, oślepieni przez słońce i rozkojarzeni przez zmęczenie - nie zauważyliśmy dziury w polskiej drodze! Tom się nam lekko osunął z wózka... Ależ to była konsternacja i lekki strach. Jednak po paru sekundach opamiętanie, zastosowanie się do wskazówek Tomka i już siedział z powrotem w swoim wózku (wystarczyło podciągnąć go za łokcie, potem odchylić wózek do tyłu, a Tomasz sprawną nogą odbił się parę razy i wreszcie wskoczył na odpowiednią pozycję). O tym wiemy tylko my i Wy :)

Tu bujaliśmy... ;)


Trochę tu:

I tu :)

W domu Mama Tomcia czekała już na nas z pysznym obiadkiem i zagadkową białą zupą do picia. Przepis na nią oczywiście znajdziecie w naszej Pełnosprawnej kuchni już na dniach. Bądźcie cierpliwi! Po spacerku i obiedzie cała trójka była tak zmęczona, że zdecydowaliśmy się na krótką separację i odpoczynek senny. Każdy dosłownie padł!

Wieczorkiem tego samego dnia zostałyśmy też zaproszone na niepowtarzalnego grilla do Toma. Wyjątkowy, bo był w... dawnej pieczarkarni, jaką kiedyś prowadził jego brat - Robert. Wygłupom i śmiechom nie było końca, jednak przed północą jak Kopciuszki musiałyśmy zmykać, gdyż nazajutrz koło południa musiałyśmy już uciekać: Agata na Dolny Śląsk, ja do Małopolski...

Tomu z Michalinką w pieczarkarni :)

***

Dzień trzeci

***

W niedzielę wpadłyśmy na szybkie śniadanie i kawę, a także zaplanowane "dotykanie badawcze". Po tym wszystkim Tomek z Mamą nas odprowadzili do samochodu, pożegnaliśmy się i ruszyłyśmy w siną dal.

Jeszcze chwilka w ogródku Pani Oli i kilka anemonów jedzie z nami ;)))

Zdjęcie z pożegnania :)

Pełne emocji, przemyśleń i motywacji na kolejne dni, żarliwie dyskutowałyśmy całą drogę. Nie czułyśmy takiego zmęczenia, jak wtedy gdy jechałyśmy do Żabna. Teraz podróż minęła jak z bicza strzelił! Trzy godziny i już byłyśmy we Wrocławiu (jechałyśmy od godziny 11. do 14.)... Pora było się pożegnać - tym razem z Agatą. Szkoda, że tak krótko, ale dobrze, że w ogóle! Na szczęście dzięki uprzejmości kierowcy z LinkBusa udało mi się wsiąść do wcześniejszego niż zaklepanego na 18:10 (oczywiście po chwilce droczenia się :D ).

Relacja ze ścieżki ;)





Agata pomknęła do swoich, a ja w autobusie zasnęłam jak dziecko, budząc się dopiero w Katowicach... Które też bardzo zawsze przeżywam: skończyłam tam licencjat, podjęłam pierwsze prace, poznałam wspaniałych ludzi... Zawsze chciałam wrócić, a tu jednak: "jeśli chcesz rozśmieszyć los (czy Boga jak kto woli) - powiedz mu o swoich planach..." Hmmm, ale cóż - Kraków też trzeba polubić. Tu też na mnie czekają :* :* :* <3



PS. Wspomniane uszczerbki na zdrowiu:
Agata - ostre zapalenie gardła spowodowane niezdrowym stylem życia ;)
Tom - oparzenie skóry twarzy, szyi i dekoltu I stopnia, spowodowane brakiem filtrów UV ;)
Ja - 16 ukąszeń komarów spowodowane brakiem fluidów odstraszających :P

/katrina/


Zamieszczone zdjęcia są własnością autora. Publikowanie, kopiowanie, przetwarzanie oraz wykorzystanie niniejszych zdjęć bez wiedzy i zgody autora jest zabronione.

4 komentarze:

  1. W mordę jeża, genialna relacja! A weekend niesamowity! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pasowałoby powtórzyć o każdej porze roku, prawda? :D

      Usuń
  2. Nooo,na jesień już my przecie umówieni :D

    OdpowiedzUsuń